Praca Pszczyna Praca Pszczyna

pless.pl - medium nr 1 w Pszczynie

REKLAMA - BILLBOARD WIADOMOSCI

Najnowsze

  • 2 lipca 2020
  • 3 lipca 2020
  • wyświetleń: 6247

Karolina Karpiel: Niebo nad głową, a pod stopami warstwa śmieci

Obudził mnie śpiew ptaków. Słońce, które budziło się razem ze mną delikatnie próbowało wkraść się do sypialni przez firankę. Wstałam niespiesznie, przeciągnęłam się i wpuściłam podglądacza do środka. Nawet się do niego uśmiechnęłam. To był poranek z serii tych, które widzisz na reklamie puszystego serka, kiedy to śniadanie spożywa się na tarasie i popija świeżo wyciśniętym sokiem z pomarańczy.

Jeśli chcesz opublikować swój felieton, wyślij go za pomocą tego formularza. Najciekawsze teksty opublikujemy na łamach portalu, a niektórym autorom zaproponujemy stałą współpracę. Osobom publikującym felietony gwarantujemy najwyższą jakość komentarzy i zero hejtu! Zapraszamy do współpracy!


Niebo nad głową, a pod stopami...
fot. Karolina Karpiel


Domownicy jeszcze się nie obudzili, to był mój Czas. Uśmiechnęłam się ponownie, tym razem do siebie. Odetchnęłam pełną piersią i poczułam niesamowitą Energię i Siłę. Tego ranka postanowiłam ścigać się ze Słońcem. Z jego promieniami. Po cichu włożyłam strój do biegania i wyszłam przed dom. Pomachałam starszej sąsiadce, która wracała z piekarni, pogłaskałam rudą kicię, która wróciła z nocnych łowów, po czym ruszyłam przed siebie.

Mieszkam w Łące, nieopodal tamy na naszym jeziorze. Cudowne miejsce do porannego rozruchu, gdzie Słońce przegląda się w tafli wody, jak gdyby szukało brata bliźniaka.

Ruszyłam powoli ciesząc się zielenią drzew. Kilka kroków dalej coś zamajaczyło mi na horyzoncie. Odbijało Słońce rażąc w oczy. Przyspieszyłam kroku oddychając miarowo. W zasięgu mojego wzroku pojawiło się jezioro. Woda cudownie się mieniła. I wtedy znowu to zobaczyłam. Tym razem na chodniku. Przed wejściem na tamę walały się opakowania po jedzeniu rodzaju wszelakiego. Goście mieli szeroki jadłospis - pomyślałam.

Murek odgradzający jezioro doczekał się swoistej blanki z butelek po piwach. Niektóre sklepy spożywcze mogłyby pozazdrościć tak szerokiego asortymentu.

Mój uśmiech znikał z każdym krokiem, z każdym kolejnym plastikowym kubeczkiem, z każdą kolejną porzuconą paczką po chipsach. Nawet już zapomniałam, że biegłam. Stałam tam pełna rozpaczy i rozglądałam się.

Nagle zza żywopłotu wyszło dziecko. Mała dziewczynka. Wszystko wskazywało na to, że była sama. Rozejrzałam się za kimś dorosłym, ale nikogo nie dostrzegłam. Małej najwyraźniej to nie przeszkadzało, bo z radością biegała po tamie. Z zainteresowaniem przyglądała się kolejnym "skarbom".

Wyciągnęła rączkę do góry, na murek, w kierunku butelek po alkoholu. W kierunku butelek częściowo potłuczonych i brudnych. Tych, które potrafią skaleczyć.

- Nie! - zawołałam, ale ona tylko pomachała mi i uśmiechnęła się. Stanęła na paluszkach, ale nie mogła sięgnąć. To jednak nie było problemem. "Skarby" tworzyły obrzydliwy dywan. Dziewczyna kucnęła i sięgnęła po jakieś resztki jedzenia.

- Nie! - krzyknęłam znowu i zaczęłam biec. Najszybciej jak mogłam. Moje serce szalało, a puls można by porównać do sztormu.

Biegłam ile sił w nogach, jednocześnie próbując powstrzymać mdłości, które pojawiały się na myśl, że mała może wziąć do buzi coś z tych paskudztw. Biegłam, ale w ogóle nie zbliżałam się do celu. Co gorsza. Zaczęłam dostrzegać coraz więcej śmieci. Z każdej strony pod moje nogi wpadały kolejne kartony po sokach, niedopałki po papierosach i inne oznaki niczym nieskrępowanej biesiady, jaka musiała mieć tu miejsce.

Przyspieszyłam, ale to nic nie dało. Mała zaczęła podnosić coś do buzi... rączkę miała skaleczoną i krwawiącą. W oczach łzy.

- Nieeeeee - krzyknęłam i....

... wtedy się obudziłam.

Zerwałam się z łóżka. Rozejrzałam się po sypialni. To tylko sen? - zapytałam siebie. Oddychałam ciężko, jak gdybym biegła całe mile. Byłam spocona i roztrzęsiona. Ubrałam się w byle co i poszłam na tamę. Musiałam to sprawdzić.

Tym razem nie podziwiałam przyrody. Miałam przed oczami tylko jeden obraz: skaleczoną dziewczynkę siedzącą w piętrzących się śmieciach. Nie słyszałam ptaków. W uszach brzmiał mi płacz małej.

Dotarłam tam szybko, cały czas rozglądając się za dzieckiem. Nikogo nie było. Dziewczynka była snem. Ale śmieci nie.

Poszłam tam trzeci raz tego ranka, jeśli liczyć ten raz we śnie. Poszłam z dużym workiem na śmieci, rękawiczkami ochronnymi i posprzątałam. Posprzątałam po czyjejś imprezie. Wrzuciłam do worka czyjąś nieodpowiedzialność, czyjś brak szacunku, czyjeś zaniedbanie. By jakiś czas później, tego ranka, inna szczęściara obudziła się pełna energii i miała dokąd iść pobiegać.

Karolina Karpiel

Joginka. Początkująca pisarka. Kiedy nie pisze - czyta. Lub je, bo uwielbia. Lub spaceruje. Lub fotografuje. Lub tworzy grafiki. Lub po prostu jest. Uwielbia uwielbiać. Jej miejsce online: @codziennie.wdzieczna

REKLAMA - BANER POD ARTYKUŁEM

Komentarze

Zgodnie z Rozporządzeniem Ogólnym o Ochronie Danych Osobowych (RODO) na portalu pless.pl zaktualizowana została Polityka Prywatności. Zachęcamy do zapoznania się z dokumentem.